Moja kariera w PES2017 #23: Virtuoso Halilović

Epidemia grypy komplikuje sytuację CF Madrid przed kolejnymi ważnymi potyczkami o punkty. Klub nadal walczy o potrójną koronę, w czym pomaga mu świetnie dysponowany wirtuoz środka pola. Zapraszam na 23. odcinek mojej kariery w PES 2017.

15 marca

Na rewanż z Napoli puściłem zmieniony skład. Pechowcy sprzed kilku dni, którzy nie potrafili wepchnąć piłki do siatki, usiedli na ławce, a ich miejsce zajęli m.in. Dzalto, Balde Keita, Kerżakow i Casteldine w ofensywie. 2:1 w pierwszym meczu zmuszało mojego vis-a-vis do porzucenia wszelkich kunktatorskich sztuczek i zagrania w otwarte karty. Musiał pójść na wymianę ciosów – zgodzić się na pasjonująco zapowiadający się pojedynek ekip grających trójkami napastników.

Scenariusz pisaliśmy jednak od pierwszych chwil my. W 12 minucie Sepe źle odbił piłkę po mocnym dośrodkowaniu Kerżakowa i praktycznie sprezentował gola Casteldine. Potem dodaliśmy trochę pikanterii widowisku, pozwalając Mertensowi wyjść sam na sam z bramkarzem. Speroni mógł zabłysnąć refleksem i umiejętnością ustawiania się. Do przerwy utrzymało się 1:0. Pięć minut po zmianie stron, gdy neapolitańczycy zaczynali grać odważniej, Balde Keita posłał dośrodkowanie z głębi pola. Piłka długo wisiała w powietrzu nim dotarła do Dzalto. Ten przyjął i po koźle uderzył z woleja, zamykając praktycznie spektakl. Napoli musiało znowu pogodzić się z porażką, kolejny raz w tym sezonie. Dzieła zniszczenia dopełnił Eggestein, dobijając potężny strzał Emany, który odbił się od słupka. 3:0 nie zostawiało wątpliwości, kto zasłużył na ćwierćfinał Ligi Europy. 5:1 w dwumeczu. Bukmacherzy zaczynali poważniej rozważać naszą kandydaturę do zwycięstwa w rozgrywkach.

19 marca

Mogłem trafić Real Madryt, który wymęczył awans z Monaco. Mogłem też spotkać Sevillę. Padło jednak na dobrze znane nam SC Heerenveen, a więc rywala, z którym przed kilkunastoma tygodniami mierzyliśmy się dwukrotnie w grupie. W dwumeczu było 2:1 dla CF Madrid. Przewaga psychologiczna znów była po naszej stronie, ale musiałem uważać, by nie dać się zaskoczyć Holendrom. Wiedziałem, że z tamtych potyczek oni też mogli wyciągnąć kilka wniosków.

21 marca

Na taki scenariusz żaden szkoleniowiec na świecie nie mógł być przygotowany. Epidemia grypy powaliła sporą część mojej kadry, w tym każdego z sześciu obecnych w zespole obrońców. Nie wróżyło to najlepiej przed konfrontacją z Bologną – niby rywalem dużo słabszym na papierze, ale na pewno chętnym zlać lidera na Stadio DallAra. Mój sztab medyczny miał 48 godzin, by przynajmniej kilku graczy postawić na nogi. Musieli wytrzymać 90 minut na murawie i przynajmniej poprawnie zrealizować przydzielone zadania. Reszta moich współpracowników miała niemniej istotną misję – nie dopuścić, by informacje o naszych kłopotach wypłynęły poza mury klubowych budynków.

23 marca

12:00

Plan minimum zrealizowany. Trener Bologni albo nie dowiedział się o naszych kłopotach, albo jakby je ignorując i tak postanowił grać swoim stylem z tylko jednym napastnikiem. Klubowi lekarze zdołali przygotować do gry Stankovicha i Marchizzę – obaj zagrają z gorączką, ale przynajmniej są w stanie utrzymać się na nogach. Tyle musi wystarczyć. Szczęśliwie Ferrini jest zdrowy – na jego kapitańskich barkach spoczywać będzie największa odpowiedzialność.

Koło 17:30

Gdybyśmy urządzili sobie wewnętrzne zakłady przed pierwszym gwizdkiem, to wszyscy byśmy przegrali. Bezbramkowego remisu nie zakładał nikt, nie z naszą schorowaną linią obrony. Bologna jednak atakowała dzisiaj niemrawo i zbyt asekuracyjnie, by wykorzystać słabość naszych stoperów. Niestety ogólna atmosfera zmęczenia i osłabienia najwyraźniej dotknęła też moich graczy ofensywnych. Choć wypuściłem na boisko tylko tych zdrowych, to żaden nie potrafił nic ciekawego stworzyć. Widowisko było katastrofalne, znowu uciekły nam dwa punkty, ale jakimś cudem utrzymaliśmy fotel lidera.

28 marca

Wirus zaczął odpuszczać CF Madrid w ostatnim momencie, bo tuż przed pierwszym półfinałem Pucharu Włoch z Interem. Na Giuseppe Meazza mogłem więc posłać już zawodników wybranych z trochę szerszego grona, co na pewno dało mi większe pole manewru. Nie należałem do najspokojniejszych ludzi przed pierwszym gwizdkiem. Martwiła mnie ta niemoc w ataku, te poprzednie bezbramkowe remisy z Sampdorią i Bologną. Z Interem wcześniej w Serie A też mielibyśmy podobne problemy, gdyby Nerazzurri nie zawalili sprawy przy stałych fragmentach gry. A teraz gol na wyjeździe był kluczowy przed rewanżem na Stadio America.

Wysokie aspiracje klubu nie mogą nikogo dziwić. Gdy w składzie ma się takiego wirtuoza futbolu, który potrafi samodzielnie zdominować środek pola, regularnie zagrażać bramce rywala groźnymi strzałami, wrzutkami ze stałych fragmentów oraz perfekcyjnie mierzonymi podaniami do partnerów – można myśleć o sukcesach. Halilović to dzisiaj nie tylko gwiazda CF Madrid. To nie błyszczący diament Serie A. To jeden z najlepszych graczy Europy – cytat z relacji z półfinału La Gazetta dello Sport.

Halilović w tej konfrontacji zagrał na miarę swoich niezwykłych umiejętności. Tak jak pisał reporter, przez dziewięćdziesiąt minut nadawał tempo naszym akcjom i psuł plany rywalom. Spotkanie zakończył z asystą, po której w 81 minucie Kerżakow strzelił na 2:0. Wcześniej fatalne wybicie piłki Leco wykorzystał Stieber, posyłając mocny strzał w długi róg bramki. Niestety znakomita postawa naszego chorwackiego diamentu sprowokowała w końcu rywali, którzy zaczęli w brutalny sposób wyrażać swoją dezaprobatę jego świetnym występem. Każdy kolejny faul tylko podgrzewał atmosferę na naszej ławce. Kartki latały na lewo i prawo. Sędzia nie zapanował jednak nad wydarzeniami na tyle, by ochronić Halilovicia. Naszego geniusza środka pola straciliśmy nie tylko na rewanż, ale na całe jedenaście tygodni. Na domiar złego wygraliśmy tylko 2:1, bo Eder w doliczonym czasie gry strzelił kontaktową bramkę.

31 marca

Gdyby nie fakt, że chodziłem trochę przy linii bocznej, to na bank usnąłbym podczas pierwszej połowy meczu CF Madrid-Inter Mediolan. To był typowy mecz walki, jak mawiają eksperci zapraszani do studia telewizyjnego. Taka próbująca robić dobre wrażenie bezmyślna kopanina i bieganina, dodatkowo pozbawiona strzałów, bo nikt nie potrafił przedrzeć się w pole karne. W przerwie poleciłem zawodnikom uważać, bo wynik pierwszego meczu wcale nie dawał nam zbyt dużego spokoju. Musiałem utrzymać ich koncentrację na najwyższym poziomie.

Na szczęście tym razem uniknęliśmy nerwówki. Hunnam wpisał się na listę strzelców w 54 minucie i tylko trzy głupio stracone gole mogły nas wywalić poza finał. Inter zaczął grać odważniej, licząc już chyba tylko na uratowanie honoru. W końcu dopiął swego – Wasilewski pomylił się w prostej akcji przed bramką Speroniego i zrobiło się 1:1. Na tym na szczęście Nerazzurri zakończyli. U nas więc sensacji nie było.

O takiej wszyscy mówili za to w kontekście drugiego półfinału Coppa Italia, w którym Lazio odrobiło trzybramkową stratę z Romą i awansowało po zwycięstwie na Stadio Olimpico 4:1. Po takim awansie do finału Biancocelesti na pewno będą chcieli teraz całe rozgrywki wygrać. My po zeszłorocznej porażce z Torino mamy równie duże apetyty. Może być ciekawie.

Przed CF Madrid kolejne wyzwania – wśród nich m.in. ćwierćfinał Ligi Europy z Heerenveen. Czy drużyna utrzyma dobrą formę i będzie nadal zmierzać ku zdobyciu potrójnej korony? Nie przegap kolejnych epizodów mojej kariery w PES 2017. Informacji o grze i nowych odcinkach znajdziesz na Facebooku/Twitterze/YouTube.

<———- Poprzedni odcinek   Następny odcinek ——————>

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *