Moja kariera w PES2017 #27: Trzy mecze – trzy finały

CF Madrid kończy kolejny sezon zmagań potyczkami w finałach dwóch pucharów oraz korespondencyjnym pojedynkiem z Juventusem o scudetto. Po ilu z tych finałów mogłem wbiec na boisko z rękami uniesionymi w geście triumfu? O tym w 27. odcinku mojej kariery w PES2017.

Wyjściowe jedenastki CF Madrid i SS Lazio na finał Pucharu Włoch. Na papierze zanosiło się na wyrównane spotkanie.

27 kwietnia

Na samym początku transmisji z finału Pucharu Włoch CF Madrid – SS Lazio komentatorzy, jak dowiedziałem się, oglądając później powtórkę, zasugerowali, że przez długie minuty niewiele się może dziać na boisku. Spodziewali się piłkarskich szachów i ostrożnej  gry obu jedenastek, które bały się będą odsłonić. Nie pomylili się. W pierwszej połowie kibice zobaczyli tylko jeden strzał na bramkę. Nieudane kopnięcie Eggesteina, który na wślizgu posłał futbolówkę kilka metrów obok bramki, było jedyną wartą wzmianki ofensywną akcją. Nie robiliśmy dobrej reklamy włoskiej piłce w tych pierwszych czterdziestu pięciu minutach.

Na drugą połowę posłałem ten sam skład, ale poleciłem zmienić nieco formę przeprowadzania akcji. Więcej gry skrzydłami panowie, to po pierwsze – rzuciłem – Eggestein i Casteldine polować na piłki na 11 metrze, nie schodźcie na boki – dodałem. Standardowy plan, gdy dostrzegam na murawie niemoc strzelecką swoich graczy. Nie przypuszczałem, że Lazio da się złapać na to tak łatwo. Rzymianie posypali się w odstępie kilku minut. Najpierw defensor zmylił golkipera ze stolicy i pozwolił Casteldine’owi wepchnąć piłkę do bramki po płaskiej wrzutce Kerżakowa. Później ten sam pomocnik wykorzystał kiks stopera, wyszedł sam na sam i pewnie podwyższył.

Lazio rozpadło się jak domek z kart. Dzieła zniszczenia dopełnił mierzonym strzałem Gojo i tym sposobem, wygrywając 3:0, mogłem świętować ze swoją drużyną pierwsze trofeum. To wielki dzień dla klubu i mam nadzieję, że dopiero początek wspaniałego okresu w historii CF Madrid – powiedziałem w wywiadzie reporterowi La Gazetta dello Sport.

Najłatwiejszy do zdobycia element potrójnej korony był nasz. By sięgnąć po dwa pozostałe musieliśmy pokonać Real Madryt w finale Ligi Europy i liczyć na łut szczęścia w wyścigu po scudetto, w którym na pole position stał Juventus.

29 kwietnia

Do finałowego spotkania Ligi Europy z Realem Madryt pozostały dwa dni. Trenerze, ja wiem, że z Napoli czy Bologną nasza taktyka się sprawdziła, ale czy wystawianie trójki obrońców na ofensywę Królewskich to dobry pomysł? – zapytał, wyraźnie przerażony umiejętnościami Bale’a, Cristiano Ronaldo i Moraty asystent. Byłem w stanie zrozumieć jego obawy, ale przez ostatnie kilka miesięcy nie na darmo szlifowałem tę formację i szkoliłem moich defensorów w grze trójką z tyłu. Damy radę, to nie są nadludzie. Poza tym z każdym miesiącem są coraz słabsi, bo natury nie oszukasz – odpowiedziałem wymijająco. Wierzyłem w swoich podopiecznych całym sercem. Nie takie gwiazdy już zatrzymywali.

Nigdy bym nie przypuszczał, że z wielkim Realem spotkam się w walce o coś innego niż punkty/puchar Ligi Mistrzów. A tu proszę, wielki test w Lidze Europy.

1 maja

Real zaczął mecz zgodnie z oczekiwaniami. Agresywny w odbiorze, szybko rozprowadzał piłki, wywołując popłoch w szeregach mojego zespołu. Wiedziałem jednak, że to chwilowe i taki napór musi z czasem osłabnąć. Wystarczy tylko go przetrzymać. Pierwszy kwadrans upłynął więc pod znakiem wyraźnej przewagi Królewskich, którzy chcieli szybko ustawić widowisko pod siebie.

Defensywa wytrzymała i z czasem zaczęliśmy się nieśmiało odgryzać. Byłem zaskoczony ustawieniem Realu, którego boczni obrońcy stali niemal na wysokości linii środkowej boiska, dając za sobą gigantyczny korytarz wolnej przestrzeni. To wyglądało niczym zasadzka lub sygnał wyraźnego lekceważenia moich bocznych napastników – Kerżakowa i Balde Keity. Kurwa, to są jakieś jaja – rzuciłem pod nosem, gdy pomimo dwóch groźnych akcji rozpoczętych na skrzydłach ustawienie Realu nie uległo zmianie.

Bukmacherzy zacierali ręce. Pomimo ofensywnego ustawienia graczy z Hiszpanii, wielu bramkostrzelnych piłkarzy po obu stronach, przez dziewięćdziesiąt minut nie padł nawet jeden gol. Żaden choć trochę znający się na piłce kibic nie mógł tego przewidzieć. Na tym finale Ligi Europy pewnie wielu straciło sporą kasę. Nie miałem jednak czasu o tym rozmyślać, bo szykowała się nam dogrywka. Najważniejsza w dotychczasowej historii CF Madrid.

Panowie, w defensywie bez zmian, bronimy nadal uważnie i podwajamy w miarę możliwości. Wiem, że czujecie już te minuty w nogach, ale oni też nie są najświeżsi. Rozrzucajcie piłki na skrzydła do Bilala i Gojo, którzy dopiero się rozkręcają – poleciłem podopiecznym, nim sędzia zasugerował koniec czasu przerwy. Plan był prostacki, oczywisty, łatwy do przewidzenia nawet dla amatora. Mój vis-a-vis z Hiszpanii też grał w otwarte karty. Liczył, że Ronaldo lub Bale zrobią różnicę i zamkną jedną z akcji. Pozostało obserwować, czyje działa będą tego dnia celniejsze.

W 111 minucie wyglądający w tym momencie jak Struś pędziwiatr na tle świniaka Porky’ego Ould-Chikh dostał kolejną piłkę. Przełożył oddychającego już rękawami, odliczającego mecze do emerytury Marcelo i popędził w pole karne. Na dwunastym metrze huknął w okolice lewego słupka. Futbolówka nabrała idealnej rotacji, by odbić się od wewnętrznej części obramowania i wtoczyć za linię za plecami golkipera. 1:0 dla CF Madrid!

Osiem minut. Tyle zostało i wydawało mnie się, że będzie to najdłuższe osiem minut w historii. Czas zleciał jednak błyskawicznie, a ze trzy minuty skradł sam strzelec, naśladując Smolarka przy chorągiewce w narożniku. Wielki Real pokonany! Drugie trofeum zdobyte w ciągu kilku dni!

5 maja

Świętowali w ostatnich dniach wyłącznie kibice CF Madrid. Zespół musiał odłożyć to w czasie, bo wielkimi krokami zbliżał się trzeci kluczowy mecz finiszu sezonu. W ostatniej kolejce graliśmy na wyjeździe z Napoli i chcąc wywalczyć Scudetto musieliśmy nie tylko wygrać, ale liczyć też na potknięcie Juventusu u siebie z Chievo. Mało kto wierzył, że Stara Dama wypuści pierwszy od kilku lat tytuł z rąk.

Postanowiłem nie analizować niepotrzebnie sytuacji w tabeli i skupić się tylko na celu będącym w zasięgu ręki – ograniu Napoli na Stadio San Paolo. W tym sezonie ekipie trenera Sarriego kilkukrotnie dotkliwie zaleźliśmy za skórę. Zrewanżować się na nas gospodarze na pewno bardzo chcieli, a okazja ku temu wydawała się idealna. Wymarzonym scenariuszem było ogranie nas przy jednoczesnym remisie lub porażce Juve. Wtedy tytuł przegralibyśmy tylko i wyłącznie właśnie przez neapolitańczyków.

Obecna forma kadry kazała mi jednak być spokojnym. Na boisku może zdarzyć się wszystko, ale wiem, że mający na koncie już dwa sukcesy skład zrobi wiele, by do ostatniego gwizdka walczyć o mistrzostwo ligi włoskiej. I pierwsza połowa starcia wprost idealnie to potwierdziła. Nie daliśmy się zdusić i wystraszyć oponentom, a przed przerwą sami dwukrotnie zadaliśmy ciosy. Najpierw Hunnam wpakował futbolówkę do siatki w 42 minucie, a potem gola do szatni dorzucił wyjątkowo aktywny tego dnia Rotan.

Piękny sen trwał. Asystent w przerwie ogłosił wszystkim, że Juventus nadal tylko bezbramkowo remisuje, więc w tym momencie tytuł jest nasz. Wystarczyło utrzymać się na prowadzeniu i mocno ściskać kciuki za graczy Chievo. Piłkarze wierzyli w to do samego końca. Ja przestałem w okolicach 70 minuty, gdy dotarły do nas wieści o bramce Dybali. Scudetto wymknęło się nam o jeden punkt.

Trzynaście remisów, spokojnie o trzy za dużo. To główna przyczyna naszej porażki w tym emocjonującym wyścigu.

CF Madrid kończy sezon z podwójną koroną. Teraz przeze mną okienko transferowe, a potem m.in. debiut w Lidze Mistrzów. Nie przegap kolejnego odcinka mojej kariery w PES2017 – bramki, ciekawostki i informacje o nowych epizodach znajdziesz na Facebooku/Twitterze/YouTube.

<——————— Poprzedni odcinek   Następny odcinek —————->

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *