Resident Evil 2 #6: Tajemnicza Ada

Przedstawiła się jako Ada. Rzekomo zjawiła się w Racoon City w poszukiwaniu zaginionego dziennikarza. Ubrana w czerwoną sukienkę i uzbrojona w pistolet, nie wyglądała na zagubionego cywila. Była zaskakująco spokojna. I niezbyt skłonna do rozmowy. Pomogliśmy sobie i razem przepchnęliśmy furgonetkę, która zatarasowała drzwi do następnej części obiektu. Szczęśliwie nie miała zaciągniętego ręcznego.

Lokalnego reportera Bena znaleźliśmy w jednej z cel, w których zamknął się rzekomo dla bezpieczeństwa. Nie mogłem mu się dziwić. Kraty wyglądały na solidne, takie, które wytrzymają nawet atak fali nieumarłych. Zaoferowaliśmy wspólną próbę ucieczki, ale stanowczo odmówił. Poradził, żebyśmy spróbowali ewakuować się kanałami. W pewnym momencie z daleka dotarł do nas głośny ryk. To był tylko sygnał ostrzegawczy, zapowiedź, że koszmar tak naprawdę dopiero się zaczyna.

Wraz z Adą udaliśmy się do kanałów. Stęchlizna i brud w ogóle mi nie przeszkadzały. Nie mogły, bo całą uwagę pochłaniały chodzące po ścianach gigantyczne tarantule wielkości krów. Pierwsza jakby mnie nie zauważyła, gdy przebiegałem obok niej. Druga jednak przypuściła atak, gdy znalazłem się blisko. Uderzyła mnie z impetem, ale nie zdołała ukąsić. Z wielką ulgą zamknąłem za sobą drzwi, odgradzając się od tych przerośniętych insektów. Znalazłem się w oczyszczalni ścieków. To zaskakujące, jak blisko znajdowały się oba budynki. Wystarczył krótki spacer kanałami, by z piwnicy posterunku dotrzeć do miejsca dbającego o zdatność wody pitnej w całym Racoon City. Naiwnie można by wierzyć, że dzięki temu będzie to miejsce bardziej bezpieczne niż inne.

Wielkie pająki

Szczelnie zamknięta grodź z elektronicznym zamkiem zablokowała nam dalszą drogę ucieczki. W mechanizmie brakowało czterech bezpieczników. Zorientowałem się, że mogą tu pasować te, które wcześniej znalazłem w kilku różnych miejscach komisariatu. Niestety w zapasach znalazłem tylko trzy egzemplarze, choć mógłbym przysiąc, że miałem aż cztery. Plan spalił na panewce. Inne przejście było zablokowane szczelnie zamkniętą roletą. Nad nią znajdował się niewielki kanał wentylacyjny. Ada zaskoczyła mnie propozycją, że dostanie się do niedostępnej części, o ile ją podsadzę do tego wejścia. Była naprawdę gotowa zaryzykować samotną eksplorację nieznanego rejonu, gdzie mogło roić się od zagrożeń. Nie mieliśmy wyboru, a ja musiałem się zgodzić.

Następny kwadrans, gdy wyczekiwałem na jakikolwiek sygnał od niej, dłużył się niemiłosiernie. W końcu wróciła i przerzuciła mi niewielkim przejściem nad drzwiami klucz oraz kilka naboi do strzelby. Zdecydowanie należała do kobiet, które potrafią sobie radzić w każdej sytuacji. Znowu musieliśmy się rozdzielić. Przez moment przyglądałem się otrzymanemu kluczowi. Dopiero po kilku sekundach zorientowałem się, że to brakujący czwarty kluczyk do kilku pomieszczeń na posterunku. Czekała mnie długa droga powrotna i kolejne spotkanie z pająkami. Z każdą minutą coraz bardziej żałowałem dnia, gdy przyjąłem propozycję pracy w Racoon City.

Zrobiłem porządek w ekwipunku, naładowałem strzelbę i ruszyłem schodami w stronę przesmyku w kanałach. Tarantule musiały robić się coraz bardziej wygłodniałe, bo jak tylko postawiłem pierwsze kroki, ta stojąca bliżej rzuciła się na mnie. Umknąłem jej, unikając ataku i rzuciłem się biegiem do wyjścia po drugiej stronie. Za zakrętem jednak wypadłem prosto na wiedzioną dźwiękiem, rozpędzoną drugą pajęczycę, która na szczęście źle wymierzyła swój atak i tylko uderzyła mnie impetem. To ją lekko ogłuszyło i dało mi czas, by uciec. Wspiąłem się szybko po drabince i znalazłem zaraz obok klatek z rozwścieczonymi, zarażonymi psami. Powinienem wtedy opuścić pokój i ruszyć dalej, ale dostrzegłem czerwoną roślinę, która bardzo mogła się przydać w dalszej wędrówce. Zrobiłem się pazerny, ignorując niebezpieczeństwo. Jak tylko ją podniosłem, drzwi klatki puściły pod impetem kolejnego skoku dobermana. Miałem to szczęście, że obróciłem się wystarczająco szybko, by strzałem ze strzelby powalić skaczące na mnie bestie.

To był tylko początek. Parking minąłem jeszcze bez kłopotów, ale już w kolejnym korytarzu czekały na mnie dwa lickery. Nie spodziewałem się ich i początkowo w panice zacząłem marnować naboje do pistoletu, fatalnie mierząc z kilku metrów. Otrzeźwienie przyszło w ostatnim momencie. Sięgnąłem po strzelbę i strzeliłem z biodra. Korytarz rozbrzmiał głośnym, drażniącym uszy skowytem. Pierwsza z bestii wstała i za moment została powalona kolejnym strzałem. Gdy przeładowywałem, druga podbiegła i zacięła mnie po piszczelu. Zabiłem je, zużywając wszystkie posiadane pociski. Na domiar złego, musiałem odkazić ranę zmieszanymi w pośpiechu roślinami o trzech kolorach. Z pistoletem i dwoma zapasowymi magazynkami skierowałem swoje kroki do pokoju autopsji. Był wypełniony ciałami ludzi. Już rozkładającymi się trupami. Drzwi szczelnie blokowały wcześniej przepływ powietrza, a wentylacja najwyraźniej już od kilkunastu godzin nie funkcjonowała. Smród atakował wszystkie zmysły, otępiał i odrzucał. Ostrożnie przeszedłem pomiędzy leżącymi na podłodze zwłokami, sprawdzając, czy żaden trup to czasem nie czający się na ofiarę zombi.

Magazyn broni

W komodzie znalazłem kartę podpisaną cieszącym oczy napisem „magazyn broni”. Odwróciłem się z nadzieją, że już wkrótce zyskam dodatkowe zabezpieczenie, gdy z jednego ze schowków na ciała wypadł zombi. Jak tylko głośno uderzył o podłogę, ożyły wszystkie minięte przeze mnie truposze. Byłem w ślepym zaułku, bez drogi ucieczki, a przede mną stała zgraja kilku wcześniej zamordowanych ludzi. Nie miałem gwarancji, że wystarczy mi naboi. Nie miałem choćby jednego pocisku do strzelby. Pozostało mi tylko przesunąć przycisk na boku pistoletu i przełączyć go w tryb automatyczny. Salwami po trzy pociski odpychałem kolejne sunące w moim kierunki zombi. Gdy tylko ostatni padł, sam osunąłem się na kolana i złapałem lewą ręką za głowę. W prawej trzymałem rozgrzany pistolet. Bałem się sprawdzić stan amunicji. Moje szanse na przetrwanie malały. Nie wiedziałem, ile jeszcze pułapek czeka mnie w tym miejscu. Przeżyłem jednak tej jednej nocy już wystarczająco wiele, by nazywać to horrorem na jawie.

Zebrałem się w sobie i przedostałem przez zwały nieruchomych ciał. Na korytarzu było cicho i spokojnie. Podszedłem do czytnika i otworzyłem drzwi kartą. W środku było ciemno i pusto. Na półkach znalazłem resztki zapasów zostawionych przez broniących się funkcjonariuszy. Skrzynka z siedmioma nabojami do strzelby i dwie paczki pocisków do pistoletu. W metalowych szafkach leżał karabinek i pas z dodatkowymi kieszeniami. Ubrałem go i wziąłem do ręki broń. Wtedy tknęło mnie, że przecież są tu jeszcze ze mną Ada i Claire. Zostawiłem go z nadzieją, że to dobra decyzja i któraś będzie mogła go jeszcze użyć. A potem ruszyłem na parter komisariatu.

Resident Evil 2 to kultowy survival-horror, który na stałe zapisały się w pamięci nie tylko fanów gatunku, ale wszystkich miłośników gier. Na początek 2019 roku planowany jest dopracowany remake na nowe konsole i komputery. Chcąc się właściwie przygotować na powrót do Racoon City, postanowiłem raz jeszcze przeżyć historię Leona i Claire, a przy okazji opowiedzieć Wam o niej na blogu.

Obserwuj profile Gralingradu na Facebooku/Twitterze/YouTube, by nie minąć żadnych ciekawych treści i dołączyć do jedynej takiej społeczności! A jeśli podobają Ci się moje opowiadania i kariery – możesz też wesprzeć mnie na Patronite.

<—- Poprzedni odcinek

<—- Początek opowiadania

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.