Moja kariera w PES2017 #47: Wielki finał z The Blues

Kilka sezonów mozolnego budowania i zgrywania składu, którym mógłby podbić Europę. Brucevsky i jego CF Madrid rządzili już w Italii. Teraz mogli też potwierdzić swoje umiejętności na kontynencie, wygrywając w Lidze Mistrzów z Chelsea. Zapraszam na 47. odcinek kariery w PES 2017.

18 maja

Powtórka z rozrywki. Czułem się, jakbym oglądał drugi raz ten sam beznadziejny film, wkurzający fatalną grą aktorską i pełnym dziur scenariuszem. Zakończenie sezonu z Sassuolo miało być małym świętem dla kibiców CF Madrid, a okazało się widowiskiem, po którym tylko nasi przeciwnicy i ich skromna grupka fanów mogli się uśmiechać.

To spotkanie było jak trudna do zidentyfikowania usterka w samochodzie. Niby wszystko działa jak należy, a auto nie jedzie. Moi podopieczni pokazywali kawał dobrego futbolu, tworząc rozmaite akcje i próbując na kilkanaście sposobów pokonać golkipera Sassuolo. Na nic. Piłka odbijała się od obramowania, trafiała pod nogi defensorów lub w ręce bramkarza i za nic nie chciała przekroczyć linii bramkowej. Znowu złośliwy bóg piłki uparł się, żebyśmy tego meczu nie wygrali i nie zakończyli sezonu zwycięstwem.

23 maja

Nadszedł dzień kluczowego spotkania z Chelsea. Wielki finał Ligi Mistrzów i ostatni akord mojej trenerskiej przygody w Master League. Potrójna korona była na wyciągnięcie ręki, dzieliło nas od niej 90 minut i jedenastu kolesi w niebieskich koszulkach. Przekazując ostatnie polecenia i sugestie wyjściowej jedenastce, mogłem uśmiechnąć się pod nosem. Znowu wyglądali na zirytowanych ostatnim meczem w lidze i podwójnie zmotywowanych, by zrobić na boisku demolkę z londyńczyków. Szkoda tylko, że nie mogłem w tak istotnym momencie skorzystać ze swojej optymalnej grupy podopiecznych. Na ostatnim treningu urazu mięśniowego nabawił się lider obrony Ferrini. Kapitan znowu wypadał nam w najważniejszym momencie. Zadanie zatrzymania Szewczenki spadało na barki Wasilewskiego.

Krótki rzut oka na formacje obu uczestników potyczki dawał kibicom jasną informację – to będzie otwarta wymiana ciosów. Nikt nie zamierzał chować się za gardą – graliśmy trójkami w obronie i trójkami w ataku, więc dwucyfrowa liczba okazji była pewnikiem. Kto był faworytem? Pomimo naszej świetnej formy w tym sezonie – Chelsea. Z atakiem Dembele, Szewczenko i Pedro, Hazardem i Kante w pomocy oraz Kahnem w bramce The Blues tworzyli futbolowego giganta, który rządził twardą ręką w Europie. I teraz my próbowaliśmy mu tę władzę odebrać.

Pierwsze dziesięć minut to dwie dobre akcje po stałych fragmentach gry. U nas Cozarri uderzył celnie po dośrodkowaniu z rzutu rożnego, u Anglików Kante obok słupka zamknął wrzutkę Fabregasa z wolnego. Mocno ściskałem kciuki, żeby to nam udało się otworzyć wynik. Wtedy cała presja spada na barki przeciwnika i to on musi się dostosować do nowej sytuacji.

Na szpicy wystawiłem Eggesteina, który w ostatnich dniach sezonu złapał zdecydowanie najwyższą formę spośród trójki snajperów CF Madrid. Niemiec odpłacił się. W 19 minucie pokonał Kahna strzałem z pierwszej piłki po dośrodkowaniu Pulisicia. Amerykanin skorzystał z wolnej przestrzeni i dograł na centymetry. Moi skrzydłowi na pewno byli zachwyceni ustawieniem The Blues, które otwierało im tak wiele możliwości. W doliczonym czasie gry pierwszej połowy potwierdził to Ould-Chikh, przeprowadzając znakomity rajd, wchodząc w pole karne i wrzucając prosto na głowę do Pulisicia. 2:0 do przerwy.

Prowadzący Chelsea Gianpiero Ventura jest bardzo doświadczonym trenerem, ale nawet mając kilkadziesiąt lat praktyki trudno w takiej sytuacji opracować dobry plan ratunkowy. Włoch zdjął Dembele, który zawodził i wypuścił w bój Douglasa Costę. Zamiast gola na 1:2, obejrzał jednak bramkę Casteldine’a na 0:3. Jedyny gracz będący w klubie od pierwszego dnia mojej pracy symbolicznie zamykał klamrą naszą udaną współpracę. Sekundy później chwila gapiostwa dała jednak nadzieję kibicom z Wysp. Fabregas wbiegł z drugiej linii i pewnie pokonał Speroniego. To była akcja z górnej półki i pierwsze tego wieczora potwierdzenie, że Chelsea nie znalazła się w finale przypadkowo.

Uspokoiłem podopiecznych, bo panika była nam w tym momencie najmniej potrzebna. To nasi przeciwnicy musieli się spieszyć, a pośpiech jest zawsze złym doradcą. Tak było i tym razem. Chaotycznie wyprowadzana piłka z własnej połowy poskutkowała kolejnym straconym przez nich golem. I znów wpisał się na listę strzelców Eggestein, po profesorsku wykańczając dogranie między dwóch obrońców The Blues. Gol Douglasa Costy na 2:4 był tylko wisienką na torcie dla kibiców, ale nic nie zmienił w kwestii pucharu.

Wygraliśmy Ligę Mistrzów!

CF Madrid sięgnęło po potrójną koronę!

Master League podbita!

Cel osiągnięty, mogę z czystym sumieniem pogratulować chłopakom i przekazać stosowne informacje zarządowi. A potem usiąść w fotelu, by powspominać poszczególne momenty mojej długiej przygody w Master League. To jeszcze nie koniec tego cyklu – wypadałoby wszystko podsumować i przydzielić kilka wyróżnień.

Obserwuj profile Gralingradu na Facebooku/Twitterze/YouTube, a jeśli podobają Ci się moje relacje, wesprzyj mnie na Patronite.

<——– Poprzedni odcinek    Następny odcinek ——->

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *