Moja kariera w PES2017 #21: Athletic zBilbolało

Athletic Bilbao vs CF MadridBrucevsky przeżywa katusze na ławce trenerskiej, obserwując wyczyny swoich piłkarzy. CF Madrid, choć faworyzowany, zdaje się z każdym meczem grać coraz bardziej przewidywalnie i przede wszystkim nieskutecznie. Jak wróży to przed dwumeczem 1/16 finału Ligi Europy, w którym czeka na nas Athletic Bilbao? O tym w 21. odcinku mojej kariery w PES 2017.

12 marca

Przed rewanżem byłem spokojny, bo wynik pierwszego spotkania z Sassuolo zapewniał nam sporą przewagę. Wystarczyło zagrać uważnie w obronie, a wiedziałem, że z Ferrinim na środku defensywy pewien poziom jakości mam zagwarantowany. Zawodnicy wyszli na boisko bez większej presji i liczyłem, że dzięki temu pokażą nieco więcej magii na murawie, grając bez zbędnego obciążenia i pozwalając sobie na pewne ryzyko.

Pierwsze dwadzieścia minut w wykonaniu Sassuolo mogło tylko zachęcić moich podopiecznych do komfortowej, nieco nonszalanckiej gry. Goście po przejęciu piłki szybko posyłali ją długim podaniem do jednego z bocznych napastników, licząc, że już oni coś wykombinują. Indywidualnie kryci skrzydłowi mieli jednak spore problemy z samym utrzymaniem się przy futbolówce. Niestety moja ofensywa nie potrafiła tego wykorzystać. Ataki bez ładu i składu nie przynosiły efektów. Dzalto, Pulisić i Monnet-Pacquet rozczarowywali, podobnie jak podający na ślepo Emana.

W ten sposób potyczka, która miała być festiwalem goli i pokazem radosnego futbolu, nagle zamieniła się w mały thriller. Sassuolo w końcu jakoś wepchnęło piłkę do siatki na 1:0 i potrzebowało tylko jednej bramki, by wywalczyć awans. Kibice na trybunach do 94 minuty musieli więc drżeć, by czasem chaotyczna gra obu ekip nie przełożyła się nagle na przypadkowego gola zespołu trenera Di Francesco. Do szatni po końcowym gwizdku schodziłem sfrustrowany, a ja przede mną była jeszcze przeklęta konferencja prasowa.

16 marca

Gdyby nie to, że często rotuję składem i mam do dyspozycji naprawdę szeroką kadrę, mógłbym pomyśleć, że to zmęczenie odpowiada za ostatnie przeciętne występy CF Madrid. Kilka mniejszych i większych wpadek nie wróżyło nam najlepiej przed wyjazdowym spotkaniem 1/16 finału Ligi Europy z Athletikiem Bilbao. Baskowie mieli solidny skład, który jednak niczym nie wyróżniał się na tle czołowych jedenastek Serie A, z którymi moja ekipa rywalizuje na co dzień.

W ofensywie postawiłem tym razem na trio Pulisić-Eggestein-Kerżakow. Liczyłem, że Amerykanin zrehabilituje się za słaby występ przed kilkoma dniami, a niemiecki snajper znowu popisze się strzeleckim nosem i talentem do zdobywania ważnych goli w pucharach. Od Rosjanina liczyłem tylko na robienie zamieszania na prawym skrzydle. Do czasu, gdy dowiedziałem się, że Ernesto Valverde naprzeciw mojego młodego talentu wystawił Roberto Carlosa. Przestałem wtedy liczyć na cuda ze strony Kerżakowa.Athletic Bilbao PES 2017

Niespodziewanie jednak to jego stroną rozpoczęła się bramkowa akcja dla CF Madrid w 22 minucie. Brazylijski defensor nie wrócił po jednej z akcji i zostawił dużo miejsca 17-latkowi, z czego ten skorzystał, posyłając mocny strzał w długi róg. Bramkarz zdołał odbić piłkę, ale zrobił to prosto pod nogi Pulisicia. Gol na wyjeździe, lepszego otwarcia fazy pucharowej nie mogliśmy sobie wymarzyć.

W kolejnych minutach utrzymywała się nasza przewaga, ale Athletic też potrafił groźnie zaatakować. W 45 minucie typowa akcja skrzydłem, która nie miała prawa nas zaskoczyć, przyniosła gola na 1:1. Claudio Lopez z dziecinną łatwością wykorzystał złe ustawienie moich defensorów, którzy nie wiedzieć czemu kryli na radar. Głupio stracony gol do szatni – w przerwie musiałem hamować złość, bo przecież wynik nie był najgorszy.

Nic się nie zmieniło na Nuevo San Mames w drugiej odsłonie. Nasza para była zapowiadana jako ta jedna z bardziej wyrównanych w tej fazie. Po pierwszym meczu się to potwierdziło – skomentowałem na konferencji prasowej – spróbujemy u nas przechylić szalę na naszą korzyść, choć wiem, że nie będzie łatwo. Baskowie słyną z ambicji i tylko naprawdę solidny występ moich graczy będzie w stanie ich zatrzymać – dodałem.

20 marca

Genoa przyjechała na Stadio America nieprzygotowana. Trener Jurić oparł cały swój plan na mecz z nami na założeniu – daleka piłka do Quincy’ego Promesa na skrzydło i liczymy, że coś stworzy. Łatwo było taką taktykę rozgryźć i w trakcie spotkania się na nią przygotować. O ile więc o tyły byłem po pół godzinie gry spokojny, to martwiła mnie powracająca nieskuteczność w ataku. Piłka przelatywała co rusz obok bramki, a na tablicy wyników widniało to irytujące 0:0.

W końcu w 87 minucie niezawodny Eggestein, który specjalizuje się w zdobywaniu ważnych i długo pamiętanych bramek, jakoś wpakował futbolówkę do siatki. Znowu najlepiej odnalazł się w zamieszaniu i odpowiednio posłał piłkę w gąszczu nóg przeciwników i kolegów z zespołu. Genoa nie miała prawa, tak grając, nam odpowiedzieć, więc trzy punkty wydawały się bardziej niż pewne.

Nic z tego. Nagły prosty błąd ustawienia pozwolił kilkadziesiąt sekund później wyjść sam na sam Simeone. Shovkovsky’emu zabrakło doświadczenia i dał złapać się na karnego. Szybko spadliśmy na ziemię. 1:1 było wynikiem beznadziejnym, który bolał tym bardziej, że mój vis-a-vis z ławki trenerskiej nic specjalnego na tę batalię nie przygotował.

24 marca

W kiepskich nastrojach przygotowywaliśmy się do rewanżu z Athletikiem. Rozczarowani, wkurzeni swoją nieskutecznością i popełnionymi prostymi błędami. Atmosfera nie sprzyjała treningom i spotkaniom poświęconym na analizę gry Hiszpanów. Gdyby kibice wiedzieli, jak wygląda to w szatni, na pewno dużo bardziej drżeliby o wynik.

Sam obawiałem się trochę starcia z Baskami. W pierwszym meczu może nie zachwycili na San Mames, ale remis zdołali uratować i teraz potrzebowali tylko jednego gola na wyjeździe, by zrzucić na nas presję. CF Madrid tymczasem ostatnio wcale nie popisywał się skutecznością. Niby ofensywni gracze nie zawodzili pod względem formy, ale jakoś nie przekładało się to na wysokie i pewne zwycięstwa klubu.

Nerwowo było do 33 minuty, gdy piłka po raz pierwszy tego dnia znalazła się w siatce. Cieszył się CF Madrid, świętowali kibice. Ja byłem jednak daleki od entuzjazmu, bo do końcowego gwizdka było daleko, a moi podopieczni ostatnio zbyt często w kluczowych momentach prezentowali zatrważające braki w koncentracji. Tego dnia jednak nikt już nie dał się zaskoczyć. Odetchnąłem z ulgą. Pierwszy płotek przeskoczyliśmy, choć nie bez kłopotów. Dziennikarskie zapowiedzi znalazły potwierdzenie na boisku – to był wyrównany i zacięty dwumecz klubów o podobnych możliwościach.

W 1/8 finału nie czekały nas żadne dalekie podróże i skomplikowane analizy. Znowu przyszło nam mierzyć się z SSC Napoli. Oby mający do tej pory patent na kadrę Sarriego Hunnam znowu miał swój dobry dzień…

Jak CF Madrid wypadnie w kolejnych meczach Ligi Europy? Czy pomimo gorszej formy utrzyma się w czubie tabeli Serie A? Nie przegap kolejnego odcinka! Zapraszam też na Facebooku/Twitterze/YouTube. , gdzie regularnie wrzucam ciekawostki z PES2017.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *